2026-06-20
Rowerami przez północną Hiszpanię w środku fali upałów
Północna Hiszpania kojarzy się z deszczem, chmurami i przyjemnymi temperaturami. Początkowo w naszym bagażu znalazła się kurtka przeciwdeszczowa, koszulki z długimi rękawami, wodoodporne buty i ciepłe skarpetki. Ostatecznie strój kąpielowy i dodatkowy bidon okazały się dużo lepszym wyborem. Nasza podróż przypadła na środek pierwszej w tym roku fali upałów, z temperaturami przekraczającymi 35°C niemal każdego dnia.
– To nienormalne - rozpoczęła rozmowę recepcjonistka w hotelu – w maju nie powinno być takich upałów.
Odbyliśmy identyczną rozmowę w każdym hotelu. Nasi rozmówcy mieli rację - w trakcie wyjazdu temperatury regularnie przekraczały 35°C, co zdecydowanie nie jest normą dla północnej Hiszpanii w maju. Jednym z powodów wyboru trasy była chęć ucieczki od gorąca Katalonii. Liczyliśmy na klimatyczne zdjęcia we mgle i łagodne temperatury na atlantyckim wybrzeżu. Cóż, może następnym razem.
Nie była to nasza pierwsza wizyta na północy. Tym razem z poziomu siodełka rowerowego, planowaliśmy odwiedzić miejsca, które tak nas urzekły kilka lat temu. Inspiracją dla wyboru trasy było Camino de Santiago w wariancie Camino del Norte biegnące wzdłuż wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. Mimo, że nie jest to najpopularniejszy wariant, spotkaliśmy sporo pielgrzymów zmierzających do Santiago. Niestety, ze względu na ograniczony czas (mieliśmy tylko nieco ponad tydzień) już na etapie planowania zrezygnowaliśmy z ukończenia całej trasy i obraliśmy Oviedo jako metę.
Atrakcji po drodze jednak nie zabrakło: zjedliśmy sernik baskijski w San Sebastian, jechaliśmy drogą nad samym oceanem, patrzyliśmy jak pływy zmieniają kształt plaży w Lekeitio i wjechaliśmy w doliny Picos de Europa. Dodatkowo zobaczyliśmy Pampelunę, Bilbao, Santander i Oviedo, a także wiele mniejszych miasteczek, jak San Vicente de la Barquera, Comillas i Castro Urdiales.
Wybór początku i końca trasy, poza względami czasowymi, był bardzo pragmatyczny: z obu miast (Pampeluny i Oviedo) można dojechać z Barcelony szybkimi pociągami AVE (podróż powrotna z Oviedo wymaga przesiadki w Madrycie). Do AVE można zabrać rowery, pod warunkiem wcześniejszej (darmowej) rezerwacji, spakowania ich w miękką torbę i demontażu przedniego koła.
W trakcie ośmiu dni wyjazdu pokonaliśmy 570 kilometrów i 7000 metrów podjazdów. Odwiedziliśmy cztery wspólnoty autonomiczne: Nawarrę, Kraj Basków, Kantabrię i Asturię, każdą o odmiennej architekturze, kuchni i krajobrazach. Większość dni rozpoczęliśmy wraz ze wschodem słońca, by uniknąć popołudniowych upałów.
Nawarra
Podróż rozpoczęliśmy wsiadając do pociągu AVE z Barcelony do Pampeluny w piątek po południu. Planowaliśmy dojechać do miasta wieczorem, pójść na spacer, zjeść pintxos i wyspać się przed pierwszym dniem na rowerach. Wszystko szło zgodnie z planem, ale niedaleko od Pampeluny nasz pociąg zatrzymał się pośrodku pól, a konduktor ogłosił, że ze względu na awarię pociąg nie pojedzie dalej. Szybki rzut oka na mapę: około 20 kilometrów do przejechania i dwie godziny do zachodu słońca. Decyzja mogła być tylko jedna: złożyliśmy rowery, ubraliśmy rowerowe stroje i pojechaliśmy do Pampeluny.
Po niespodziewanym początku wyjazdu, następny dzień zaczął się już zgodnie z planem: wyjechaliśmy z miasta i szybko znaleźliśmy się na trasie rowerowej Vía Verde del Plazaola. Jest to szutrowa droga rowerowa jadąca z Pampeluny do San Sebastian trasą dawnych torów kolejowych. Widoki były przepiękne: łagodne wzgórza Nawarry, niezliczone tunele (niektóre oświetlone, niektóre nie) i gęste lasy. Nawierzchnia zdecydowanie nadaje się na gravele, chociaż na bardziej kamienistych odcinkach wymaga skupienia. To właśnie tam po raz pierwszy na tym wyjeździe przebiłem oponę.
Najbardziej imponujący tunel na trasie - w Uitzi - ma ponad 2700 metrów długości, jest w pełni oświetlony i pozwala ominąć spory podjazd. Niestety, mieliśmy pecha: od kilku miesięcy tunel jest zamknięty, ponieważ prowadzone są w nim prace remontowe. Dla nas oznaczało to dodatkowy podjazd, nagrodą za który był piękny zjazd do Leitzy. Następnie Via Verde doprowadziła nas aż do samego San Sebastian, gdzie zakończyliśmy dzień jedząc pintxos i słynny sernik baskijski.
Kraj Basków
Kolejny dzień - jak niemal wszystkie dni w trakcie wyjazdu - rozpoczęliśmy wcześnie. Mimo wczesnego startu, upał dawał się we znaki już na podjeździe pod Igeldo na obrzeżach San Sebastian. Na szczęście widoki wynagradzały nam wysiłek: po prawej widzieliśmy Ocean Atlantycki; po lewej aż po horyzont rozciągały się baskijskie góry.
Po stromym zjeździe, nasza droga wiodła wzdłuż oceanu: piękny odcinek nad samą wodą z Zarautz do Zumaia, a następnie seria podjazdów i zjazdów przez Debę i Ondarroa. Niestety, ze względu na upał, nie zatrzymaliśmy się na dłużej w tych miasteczkach. Mimo iż kusiły nas zimne napoje, porcja patatas bravas i odpoczynek w cieniu, chcieliśmy dojechać do hotelu przed przerwą obiadową o 13:00. Dzięki temu mieliśmy pół dnia na relaks i kąpiele w oceanie.
Na papierze czwarty dzień wyglądał intensywnie: ponad 110 kilometrów i 1500 metrów w górę; a na dokładkę przejazd przez Bilbao w samo południe. Zaczęliśmy wcześnie rano, ale już pierwszy podjazd za Lekeitio zwiastował upalny dzień. Podczas śniadania w Guernice (znanej z obrazu Picasso przedstawiającego bombardowanie miasta) zdecydowaliśmy się na skrócenie trasy pociągiem do Amorebieta. Dzięki temu zaoszczędziliśmy 15 kilometrów (i kilkaset metrów w górę). Oznaczało to, że do Bilbao - największego miasta na naszej trasie - wjechaliśmy przed szczytem upałów.
Przemknęliśmy przez miasto i wyjechaliśmy w stronę Zatoki Biskajskiej. Wyjazd z Bilbao to jedna z najlepszych dróg rowerowych jakie widziałem. Zatrzymywaliśmy się kilka razy by się schłodzić, zjeść lody i uzupełnić napoje. Po dojechaniu do wybrzeża, pojechaliśmy piękną drogą wzdłuż oceanu, by ostatecznie dotrzeć do Castro Urdiales.
Kantabria
Dzień piąty zapowiadał się interesująco ze względu na czekające na nas dwie przeprawy promowe. Wyjechaliśmy z Castro Urdiales, mijając szerokie, piaszczyste plaże z surferami i pokonując kolejne podjazdy. W Laredo czekał na nas pierwszy prom płynący do Santoña. Wsiada się na niego prosto z plaży, a cały przejazd zajmuje mniej niż pięć minut. Było to ciekawe urozmaicenie podróży, a zarazem spory skrót.
Niestety, wsiadając na prom zauważyłem, że moja tylna opona niebezpiecznie szybko traci powietrze. W Santoña spędziliśmy chwilę zmieniając dętkę (odpuściłem sobie ponowne łatanie) i pojechaliśmy w stronę Santander. Tuż przed dojazdem do miasta czekał na nas kolejny prom. Podróż była nieco dłuższa, ale z promu rozciągała się piękna panorama miasta.
Kolejny dzień - szósty - był najkrótszym dniem całej podróży, ale oferował wspaniałe widoki. Zaraz po wyjechaniu z Santander zatrzymaliśmy się na Costa Quebrada - wybrzeżu charakteryzującym się imponującymi klifami i ostrymi skałami wystającymi z oceanu. Następnie pojechaliśmy do Santillana del Mar: miasteczka składającego się z trzech kłamstw: nie jest ani święte (Santi), ani płaskie (llana), ani nawet nad morzem (del Mar). Jadąc dalej w stronę Comillas, na horyzoncie pojawiły się już szczyty Picos de Europa.
Asturia
Trasa z Comillas do San Vicente de la Barquera to jeden z najpiękniejszych momentów wyjazdu. Droga wiodła wzdłuż oceanu, wspinając się na zielone wzgórza i zjeżdżając do szerokich, piaszczystych plaż. Samo San Vicente było cudowne: położone u ujścia rzeki do morza, z przejazdem przez most Puente de la Maza. Tam nadszedł czas pożegnania z morzem - skręciliśmy w głąb lądu, w stronę Picos de Europa. Podążając doliną wzdłuż rzeki, wjeżdżaliśmy coraz głębiej w góry. Przed dojechaniem do Arenas de Cabrales, zdecydowaliśmy się na podjazd do Alles. Dodatkowe kilkaset metrów w górę w pełnym słońcu zostało nam wynagrodzone piękną panoramą na Picos de Europa.
Ostatni dzień podróży był też najdłuższym - ponad 100 km z Arenas de Cabrales do Oviedo. Żegnaliśmy się nie tylko z północą, ale także z falą upałów. Rano obudziły nas szare chmury i lekka mżawka, jednak po siedmiu dniach gorąca z przyjemnością założyliśmy kurtki przeciwdeszczowe. Pierwszym celem dnia był dojazd do Cangas de Onís, pięknego miasteczka będącego punktem wypadowym do Lagos de Covadonga.
Za Cangas de Onís wjechaliśmy na główną drogę o sporym ruchu. Na szczęście udało nam się ominąć spore fragmenty jadąc lokalnymi drogami i ścieżkami rowerowymi. Dojazd do Oviedo oznaczał koniec podróży: zjedliśmy wegetariańska wersję fabady i cachopo, a następnego dnia spakowaliśmy rowery do pociągu i wróciliśmy do Barcelony.
Jeśli spodobały Ci się zdjęcia z Kraju Basków, Asturii i Kantabrii to zapraszam Cię do przeczytania wpisu sprzed czterech lat, w którym dzielę się zdjęciami z wycieczki samochodem przez północ Hiszpanii.