Łukasz Rados
Front End Developer
Fotograf Krajobrazu

Gap Year. Część 3: Koronawirus i żeglowanie po Morzu Śródziemnym

W poprzednich dwóch postach opisałem początki wspaniałej przygody, którą rozpocząłem w 2019 roku. Dzisiaj zapraszam do przeczytania ostatniej, trzeciej części mojej historii. W marcu wpłynęliśmy na Morze Śródziemne. Woda ocieplała się z dnia na dzień, pogoda robiła się coraz bardziej przyjemna. I właśnie wtedy złapał nas koronawirus.

Zacznijmy jednak od początku. Po pełnym smaków, zapachów i przygód Maroku postawiliśmy żagle i popłynęliśmy w stronę Gibraltaru. Kilka lat temu pokonaliśmy z przyjaciółmi ten sam odcinek w przeciwnym kierunku, można więc powiedzieć, że znaleźliśmy się na znajomych wodach. Po przekroczeniu zatłoczonej Cieśniny Gibraltarskiej udaliśmy się do portu La Linea w Hiszpanii.

Gibraltar i Ceuta

W La Linei spędziliśmy kilka dni. Ja musiałem wykurować się po zapaleniu gardła (które napędziło nam mnóstwo stracha, bo powoli zaczynało się mówić o koronawirusie), a reszta ekipy skupiła się na zwiedzaniu i pracy. Kiedy tylko poczułem się lepiej wybrałem się na słynną Skałę Gibraltarską. Podobnie jak kilka lat temu spotkałem tam magoty gibraltarskie, czyli jedyne w Europie dziko żyjące małpki. Zapraszam do przeczytania wpisu z 2015 roku, gdzie opisałem te zwierzęta i legendę z nimi związaną.

Po wyjściu z Gibraltaru przecięliśmy (po raz trzeci) cieśninę i popłynęliśmy do Ceuty. Chcieliśmy zobaczyć tę hiszpańską enklawę w Afryce. Niestety spędziliśmy tam zaledwie jeden dzień i połynęliśmy znów w stronę Europy.

Ze skały Gibraltarskiej nawet spore jachty wyglądają jak zabawki.

Góry Rif (Afryka) po lewej stronie, Skała Gibraltarska (Europa) po prawej.

Lockdown w Hiszpanii

Płynąc wzdłuż wybrzeża Andaluzji zatrzymywaliśmy się w kolejnych portach i z uwagą słuchaliśmy nadchodzących ze świata wiadomości. A te zdecydowanie nie były optymistyczne. Kolejne kraje zamykały swoje granice i wprowadzały ograniczenia w przemieszczaniu się. Połowa marca zastała nas w miejscowości Caleta de Velez, nieco na wschód od Malagi. To tutaj dowiedzieliśmy się, że Hiszpania zamyka się na dwa tygodnie i będziemy musieli zostać na terenie mariny. Nie była to najlepsza wiadomość, ale nasze nastroje były pozytywne. W końcu dwa tygodnie to niewiele czasu, który możemy spędzić na naprawach i odpoczynku.

Niestety po dwóch tygodniach statystyki wcale się nie poprawiały. Liczba aktywnych przypadków i śmierci spowodowanych koronawirusem wciąż rosła, a Hiszpania przedłużyła lockdown o kolejne dwa tygodnie. A następnie o kolejne dwa. I o kolejne.

Ostatecznie spędziliśmy w Calecie 97 dni. Upłynęły one nam na pracy zawodowej, pracach na łódce, ćwiczeniach fizycznych i umysłowych. Był to dla nas zdecydowanie trudny czas. Nikt nie planuje swojego roku żeglowania z myślą o utknięciu gdzieś na prawie sto dni.

Gry planszowe pomagały nam na chwilę zapomnieć o kwarantannie. W zachowaniu spokoju pomagał też brak Monopoly.

Nawet najpiękniejsze zachody słońca szybko się nudzą, gdy człowiek jest zamknięty w jednym miejscu.

Płyniemy. Hiszpania

Od początku czerwca Hiszpania rozpoczęła wychodzenie z lockdownu. Początkowo odzyskaliśmy możliwość podróży wewnątrz prowincji. Żeglarsko wciąż byliśmy uziemieni, ale wypożyczyliśmy samochód i pojechaliśmy zobaczyć okoliczne miasta: Malagę, Granadę i Rondę.

W połowie czerwca restrykcje w przemieszczaniu się pomiędzy prowincjami zostały zniesione. Musieliśmy jeszcze tylko przeczekać szalejący na Morzu Alborańskim sztorm i połynęliśmy w stronę Balearów. Tam kotwiczyliśmy na pięknej Formenterze, Ibizie i Majorce, a także odwiedziliśmy na chwilę Minorkę. Uroki Formentery najlepiej podziwiać z powietrza na nagranym przeze mnie i Jolę filmiku:

Chcieliśmy nadrobić "stracony" w trakcie lockdownu czas i pływaliśmy niemalże bez przerwy. Czekały na nas w końcu upragnione Włochy i Grecja. Dodatkowo pod koniec czerwca zorganizowano w Polsce wybory prezydenckie. Bardzo chcieliśmy w nich wziąć udział, więc zarejestrowaliśmy się korespondencyjnie we Włoszech. To przyśpieszyło naszą decyzję o przelocie na Sardynię.

Włochy. Sardynia, Sycylia i Wyspy Liparyjskie

Pogoda na Morzu Śródziemnym wygląda zdecydowanie inaczej niż na Oceanie Atlantyckim. Ze względu na ukształtowanie terenu i mnogość lokalnych efektów pogodowych bardzo ciężko jest ją przewidywać z wyprzedzeniem. Najlepszym rozwiązaniem jest znajomość lokalnych wiatrów i obserwacja prognozy pogody. Jednym z lokalnie wiejących wiatrów jest Mistral, formujący się we Francji i powodujący gwałtowne sztromy pomiędzy Balearami i Sardynią, i w Zatoce Liońskiej. Na szczęście dość szybko trafiło nam się okno pogodowe i mogliśmy połynąć w stronę Sardynii.

Na Sardynii mogliśmy trochę odpocząć po żeglarskim maratonie. W dwa tygodnie przepłynęliśmy z Andaluzji na Sardynię i trochę dało nam to w kość. Z przyjemnością wyruszyliśmy na zwiedzanie wyspy. Zdecydowaliśmy się opłynąć ją od północy, z krótką wizytą na Korsyce. Następnie popłynęliśmy wzdłuż wschodniego brzegu na południe wyspy.

Moonshine na kotwicy pod Cabo Caccia.

Od momentu w którym temperatura wody przekroczyła 25°C nurkowanie i skoki do wody stały się naszą codziennością.

Wschód słońca w Castelsardo. W trakcie letnich miesięcy chmury pojawiały się na niebie sporadycznie, co utrudniało fotografię krajobrazową.

Moonshine w drodze na Korsykę. Piękne warunki i prawie sześć węzłów średniej prędkości.

Kolejnym celem na naszej drodze była Sycylia. Najbardziej zależało nam na odwiedzeniu Wysp Liparyjskich. Jest to mały archipelag wuklanicznych wysp na północ od Sycylii. Dostanie się tutaj bez własnej żaglówki jest dość karkołomne. Wyspy Liparyjskie były zdecydowanie jednym z najpiękniejszych miejsc na naszej drodze.

Moonshine pod pełnymi żeglami w drodze z Palermo na Wyspy Liparyjskie.

Wschód słońca na wyspie Vulcano od której nazwę wzięły wulkany. Obłoki na zdjęciu to nie chmury, ale wyziewy siarki.

Widok ze szczytu wulkanu na zatokę, w której kotwiczy Moonshine (po prawej stronie półwyspu).

W drodze na wyspę Stromboli, na której znajduje się aktywny wulkan. Na zdjęciu widać jeden z regularnych wyrzutów pyłu.

Kotwicowisko pod Stromboli i idealnie bezwietrzny poranek. To takie poranki sprawiały, że mówiliśmy sobie "było warto".

Grecja. Morze Jońskie, Kreta i Cyklady

Z Włoch przepłynęliśmy do Grecji. Nie miałem okazji wcześniej odwiedzić tego kraju, ale miałem wysokie wymagania. Ostatecznie jest to kraj o którym każde dziecko na świecie uczy się na lekcjach historii.

Grecja przywitała nas potężną burzą, którą na szczęście spędziliśmy bezpiecznie zacumowani w marinie. Niestabilność pogody była jednak powracającym problemem. W Grecji spotkaliśmy się (z dużej odległości) z cyklonem śródziemnomorskim, który spustoszył miejsca poprzednio przez nas odwiedzone. Mimo to przez większość czasu pogoda była perfekcyjna i umożliwiała intensywne zwiedzanie.

To w Grecji właśnie mogliśmy w końcu zwolnić tempo zwiedzania. Planowaliśmy zakończyć naszą przygodę w tym kraju, więc nie musieliśmy się spieszyć do kolejnego celu. Spędziliśmy ponad miesiąc na Morzu Jońskim, następnie popłynęliśmy na Kretę, Cyklady, by ostatecznie zakończyć naszą przygodę w niewielkiej miejscowości Kilada na Peloponezie. Po sprzedaży łódki, już samolotem i promem, wróciliśmy jeszcze na Santorini.

Jedna z gwałtownych i niespodziewanych burz w Grecji. Ze względu na warunki opuściliśmy kotwicowisko i wypłynęliśmy na morze.

Jedyną zaletą burz były piękne zachody słońca.

Kotwicowisko w Kiladzie. To tutaj pożegnaliśmy się z Moonshine i przekazaliśmy ją w ręce nowych właścicieli (na zdjęciu inna żaglówka).

Santorini. Po sprzedaży łódki postanowiliśmy z Jolą sprawdzić co sprawia, że Santorini jest chyba najbardziej rozpoznawalną wyspą Grecji. Musimy przyznać, że widoki są piękne, ale my zdecydowanie lepiej czuliśmy się w mniej turystycznych częściach kraju.

Podsumowanie

Po nieco ponad roku nasza przygoda z Moonshine zakończyła się w Grecji. Łódka znalazła nowych właścicieli, a my powoli wracamy do "normalnego" życia. Mimo opisywanych w tych trzech wpisach problemów (sztormy na Atlantyku, kwarantanna w Hiszpanii), będziemy wspominać ten rok do końca życia. Była to prawdopodobnie najciekawsza przygoda w naszych dotychczasowych życiach.

Niedługo postaram się opublikować kolejny wpis, w którym dokonam podsumowania mijającego roku i postaram się odpowiedzieć na kilka pytań. Dlaczego powstało tak mało zdjęć? Czy da się pracować i podróżować z pokładu jedenastometrowej łódki? Czego nauczyliśmy się w ciągu tych 13 miesięcy i co zrobilibyśmy inaczej?

Jeśli podobają Ci się moje zdjęcia, zapraszam do śledzenia mnie na Instagramie. Regularnie wrzucam tam fotograficzne nowości.